O mnie

Moje zdjęcie
Warszawa, Mazowsze, Poland
Po prostu jestem.

czwartek, 29 listopada 2012

GTWB LXI Skok w bok/Czerwona gorączka (remis) - Trzy ulice, dwa skoki, trzy światy (i trochę czerwonej gorączki).

W zeszłomiesięcznym głosowaniu tematów padł remis. W mojej notce wyraźniejszy jest skok w bok, jednak czerwona gorączka też się pojawia. Właściwie nie jest to typowa gorączka. Raczej stan podgorączkowy, jednak w kolorze pasującym do tematu.
W konkurencjach lekkoatletycznych występują skok w dal oraz trójskok. Ta notka to dwuskok w bok.
Przed wykonaniem pierwszego skoku, najpierw pokażę odskocznię.

Warszawa, Praga Południe, Grochów - 2012.11.26

Ul. Grochowska
Widoczny na poniższym zdjęciu odcinek ul. Grochowskiej znajduje się pomiędzy ulicą Kickiego i Rondem Wiatraczna. Jest to jedna z głównych ulic Grochowa, szeroka, dwujezdniowa, z wydzielonym na środku torowiskiem tramwajowym oraz stosunkowo szerokimi chodnikami po obu stronach. Na pokazanym przeze mnie odcinku widoczna jest głównie zabudowa przedwojenna, z nielicznymi budynkami z lat pięćdziesiątych oraz późniejszych ub. stulecia. Nie rozpisuję się dokładnie o zabudowie ul. Grochowskiej ponieważ nie ona jest celem skoku w bok, jest tylko odskocznią.
Powyższe zdjęcie mogłoby mieć tytuł "Ostatni człowiek na Grochowie". W założeniu, miało to być zdjęcie ukazujące jak bardzo ruchliwa jest ul. Grochowska. Zapewne gdyby zależało mi na zdjęciu wyludnionej ulicy, byłoby akurat odwrotnie. Niestety, nie miałem czasu czekać aż ulica zapełni się pieszymi, samochodami, tramwajami. Właśnie na tym zdjęciu chciałem pokazać kontrast pomiędzy tą ruchliwą ulicą i spokojem pozostałych miejsc prezentowanych w tym wpisie. Nie udało się.
Mniej więcej w połowie tego odcinka po północnej stronie znajduje się ul. Kaleńska a po południowej ul. Modrzewiowa.

Ul. Kaleńska skrzyżowanie z ul. Grochowską (widok z ul. Modrzewiowej).
Budynek po lewej stronie należy do ul. Grochowskiej, muszę jednak co nieco o nim napisać ponieważ pomimo obecnego adresu Grochowska 242/244, pierwotnym adresem był Kaleńska 1. W budynku tym od roku 1925 znajdowała się Fabryka Ołówków Lechistan-Hartmudt.
Już czas na pierwszy skok w bok - z ul. Grochowskiej w ul. Kaleńską.
Jeszcze tylko jedno spojrzenie na budynek Grochowska 242/244 (strona północna). Już przed II Wojną Światową w budynku tym (w części niewidocznej na zdjęciach) otworzył cukiernię p. Alfons Duczmalewski. Istnieje podejrzenie, że słynne warszawskie ciastka W-Ztki są jego autorstwa. Cukiernia istnieje do dnia dzisiejszego. W latach 70 ub. stulecia jej współwłaścicielem był mój sąsiad p. Pawluk (imienia nie pamiętam).
Następnym budynkiem po zachodniej (nieparzystej) stronie ulicy jest budynek dawnych Strażackich Zakładów Przemysłowych - Kaleńska 3
Budynki zaplecza.
Już od wielu lat ten kompleks budunków pełni funkcje edukacyjne.
Obecnie mieści się tu Policealna Szkoła Kosmetyczna im. Beaty Mydłowskiej oraz...
Ilekroć wracam pamięcią do lat dziecięcych, mam wrażenie, że mieściła się tu wtedy szkoła krawiectwa, włókiennictwa. Być może był też nawet mały zakład tkacki.
Obok wejścia wisi pamiątka po Strażackich Zakładach Przemysłowych.
Następna posesja - Kaleńska 5.
Mieściła się tu w latach 30 ub. stulecia Fabryka Masowej Galanterii Sztancowanej i Opakowań Metalowych. Właścicielem był Józef Chyliński. Ponadto znajdowała się tu również Wytwórnia Wyrobów Drzewnych.
Czas na małe wspomnienie.
W roku 1971 rozpoczął się mój proces edukacyjny. Zostałem przyjęty do Szkoły Podstawowej nr 230 im. Pułku Piechoty Dzieci Warszawy (ul. Grenadierów 30a - obecnie Medyczna Szkoła Policealna nr 4). Moją pierwszą "panią" w klasach I i II była p. Danuta Bisz. Mieszkała wtedy w części budynku widocznej na zdjęciu poniżej (I piętro, balkon oraz okna po obu stronach balkonu). W tamtych latach był to budynek mieszkalny.
Obecnie jest to siedziba kilku firm.
Kilka uwag o stanie budynku.
Pod koniec lat 80 zabudowa nie wyglądała najgorzej, jednak było na niej widać upływ czasu. Nie wiem jaki jest obecny status posesji, jednak wiem jedno - chwała obecnemu właścicielowi/zarządcy. Zachowano oryginalny budynek, podczas remontu zadbano o detale architektoniczne (nawet przy wymianie okien zadbano o oryginalny podział). Na tyłach pozostała trylinka.
Nowe cegły wstawiono tylko w miejsca gdzie było to niezbędne.
Pomimo czerwieni cegieł tego obiektu, to nie on jest źródłem "czerwonego stanu podgorączkowego". To miejsce jest "zdrowe".
Zachowano nawet dwa duże kasztanowce. Co ciekawe, w czasach inwazji gąsienic szrotówka te drzewa są okazami zdrowia.
Firmy które znalazły tu swoją "przystań".
Nie ustrzeżono się jednak przed dwoma błędami. Właściwie jednym błędem w dwóch miejscach. Posesja od strony ulicy ogrodzona jest ceglanym murem. Niepotrzebnie mur otynkowano. Po pierwsze - mur z cegieł, nieotynkowany lepiej pasowałby do całości, po drugie - nie kusiłby tak bardzo grafficiarzy, a nawet gdyby ktoś coś maznął, nie byłoby tak widoczne.
Od strony północnej pozostał mały prześwit pomiędzy "historią" i "współczesnością". Widoczny poniżej "kolos" należy do ul. Kickiego.
Drugie miejsce, które według mnie niepotrzebnie otynkowano. W takiej perspektywie staruszek zlewa się z nowinkami. Ja osobiście wolałbym, żeby się od nich odcinał.
Kolejna, ostatnia po nieparzystej stronie posesja - Kaleńska 7.
Fabryka Wyrobów Metalowych E.Krejmina.
Ajć, przepraszam bardzo, to nie te lata. Obecnie trawnik i budynek mieszkalny.
Ponieważ dalej na północ ulicę Kaleńską zamyka ulica Kobielska, czas na powrót w stronę ul. Grochowskiej parzystą, wschodnią stroną ulicy.
Kaleńska 12. Najstarszy dom na tej ulicy.
Szkoda, że latarenka i tabliczka adresowe uległy zniszczeniu.
W dniu w którym robiłem zdjęcia, jedynymi wykorzystującymi ten budynek były gołębie.
Na oknie jednego z wykuszy wypatrzyłem tajemniczy okrągły element.
W ogródku od strony ul. Kaleńskiej, od kiedy tylko pamietam, zawsze znajdowały się karmniki dla ptaków. Od kilku lat nikt już w nich nie dokarmia ptaków. Nie ma też psów, które zawsze obszczekiwały przechodniów oraz pani, która nieźle dawała się we znaki wszystkim fotografującym ten dom. :-)
Kaleńska 10 - ten budynek pojawi się w notce jeszce raz.
Przed II WŚ właścicielem tego budynku był p. Walenty Tkacz (informacja zaczerpnięta z komentarzy pod http://wwarszawie.blox.pl/2009/03/Kalenska-8-i-12-Grochow.html)
Teraz kolej na "perłę" ul. Kaleńskiej - nr 8.
Pośród całej zabudowy ulicy ten budynek od razu "rzuca się w oczy". Proszę zwrócić uwagę na kontrast wykończenia pomiędzy frontem budynku a boczną ścianą widoczną ponad sąsiadującym budynkiem.
Nad wejściem znajduje się rok - 1796. Wszystkim nie znającym tego miejsca od razu wyjaśniam - to nie jest rok w którym powstał ten budynek. Nie pamietam dokładnie daty budowy, po głowie kołaczą mi się lata 1994 - 1997 (mogę się mylić). W "pałacu" mieści się Instytut Studiów Podatkowych oraz Kancelaria Prawna.
Od siebie dodam, że budynek ten w tym miejscu (według mnie) pasuje jak kij do d..y. Nawet czasem kij do d..y bardziej jednak pasuje.
Dalej znajdują się trzy budynki w jednym ciągu - numery 6a, 6, 4.
Numer 6a nie wyróżnia się niczym szczególnym. W budynku nr 6 mieści się sklep ze sprzętem ogrodniczym STIGA. Przed STIGą był sklep z odzieżą i sprzętem sportowym a jeszcze wcześniej, do późnych lat 90 ub. stulecia punkt zaopatrzenia w artykuły luksusowe :-) - PEWEX.
A teraz największa ciekawostka ul. Kaleńskiej. :-)
Zakład szewski, w którym u szewca kibica można zamówić buty jakich nigdzie indziej się nie dostanie. Precz sznurowadła, suwaki, rzepy. Idzie nowe - buty zamykane na klucz. :-)
Nawet mi się ten pomysł podoba tylko zauważam w nim jedną wadę. Jeżeli wyjechałbym w takich butach w jakiś odludny rejon i zgubiłym klucze mając buty na nogach to co wtedy? :-)
Widok parzystej strony ul. Kaleńskiej. Od lewej strony numery 6a, 6, 4 oraz 2a.
Budynki nr 2a oraz 4 są takiej samej wysokości, jednak różnią się ilością kondygnacji. Numer 2a jest budynkiem czterokondygnacyjnym, numer 4 trzykondygnacyjnym. Od razu wiadomo który jest starszy.
Pomiędzy nr 2a i 4 znajduje się przejście. Już czas na drugi skok w bok. Właśnie w to przejście.
W tytule notki napisałem "Trzy ulice, dwa skoki, trzy światy" - były już dwa światy.
Pierwszy - ul. Grochowska, długa (zaczyna się na Gocławku od dopływu kanału Nowa Ulga a kończy na Kamionku przy Rogatkach Grochowskich), szeroka, zabudowa mieszkalna, budynki pięcio, siedmiokondygnacyjne, duży ruch pieszych i pojazdów (akurat tego na zdjęciu nie widać).
Drugi - ul. Kaleńska, krótka (od ul. Grochowskiej do ul. Kobielskiej), wąska, zabudowa mieszkalna tylko w połowie (trzy, cztery kondygnacje), z fabrycznymi tradycjami, niewielki ruch pieszych i pojazdów.
Teraz po drugim skoku czas na trzeci świat.

Ul. Apteczna.
Po prawej stronie budynek z lat 50 ub. stulecia (już w panierce), po lewej budynki ul. Kaleńskiej oraz południowy bok "pałacu". Tu już zaczyna być widoczny "czerwony stan podgorączkowy" (będzie widoczny na dalszych zdjęciach). Na środku - mały grochowski skansen.
Mały zaułek pomiędzy budynkiem Kaleńska 6a, "pałacem" i posesją Apteczna 5.
Ateczna 5 z tyłu.
Apteczna 5 od strony południowej. Przy okazji widać "pałac" od tyłu. Szkoda, że wyszły mi trochę "przepalone" zdjęcia.
Na posesji tej znajdują się trzy domy. Pierwszy, najmniejszy typowo gospodarczy, w południowo zachodnim narożniku (widoczny na pierwszym zdjęciu ul. Aptecznej - teraz żałuję, że pominąłem go w dokładniejszych ujęciach), drugi wdłuż zachodniej granicy posesji...
...oraz trzeci wdłuż północnej granicy.
Ze wszystkich trzech, najbardziej zwraca uwagę środkowy.
Najprawdopodobniej budynki te pochodzą z początku XX w. a może nawet z końca XIX w.
Następna posesja Apteczna 7 posiada tylko jeden budynek murowany z drewnianą dobudówką. Ta dobudówka to drewutnia.
Od właściciela posesji dowiedziałem się, że budynek ten zbudował jego teść w roku 1948 oraz, że sąsiednie budynki prawdopodobnie powstały na przełomie wieków XIX i XX. Akurat kiedy robiłem zdjęcia, pan ten rąbał drewno na opał. Zdjęcia mu nie zrobiłem ale zrobiłem zdjęcie jego pomocnikowi. :-)
Wsi spokojna, wsi wesoła - tylko ten czerwony stan podgorączkowy psuje widok.
Dopiero w domu zauważyłem, że coś nie tak z tym zdjęciem. Trudno, już takie zostanie.
Tabliczka z nazwą ullicy starego typu. Raczej nikt jej tu nie zamieni na nową.
To już właściwie mógłby być koniec. Zaraz za północnym płotem posesji Apteczna 7 stoi niewielki domek w którym mieści się osiedlowy śmietnik. Ja jednak poszedłem dalej w stronę ul. Kobielskiej, minąłem smietnik i oto co tam się znajduje. Maleńki ogródek a w nim...
...ptasi karmnik i koci domek. Trochę dziwne zestawienie.
Okrążając ogródek od północnej strony dotarłem na tyły domu Kaleńska 12.
Kiedy skręciłem na południe znalazłem się po północnej stronie posesjii Apteczna 7.
To już ostatnie zdjęcie na którym widać wielkość czerwonego stanu podgorączkowego.
W tym miejscu skręciłem w stronę zachodnią i przez widoczną poniżej furkę wszedłem na małe podwórko budynku Kaleńska 10...
... gdzie przywitał mnie Kaczor Donald...
oraz Krasnoludki mieszkające pod muchomorem. :-)
Jeszcze tylko kilka kroków...
...przejście (już bez skakania) przez przejazd bramny...
...i z powrotem byłem na ul. Kaleńskiej.
Pierwotnie ta notka miała wygląć inaczej. Chciałem zrobić tylko jeden skok - z Ronda Wiatraczna na ulicę Apteczną. Po pewnym czasie stwierdziłem, że sąsiadująca z ul. Apteczną ulica Kaleńska, jak najbardziej zasługuje na pojawienie się we wpisie. Przechodząc kilkadziesiąt metrów, można zwiedzić Grochów w trzech, jakże różnych odsłonach.


Na zakończenie jeszcze jedno zdjęcie. Jest ono dedykowane trzem osobom.
Lavince - za wpis Niebo jako temat zastępczy.
Marcinowi - za wpis GTWB LXI "Czerwona gorączka".
Krzychowi77 - za jego codzienny trud na stalowych szlakach.

Ul. Kaleńska skrzyżowanie z ul. Grochowską, dalej widoczna ul. Modrzewiowa - wagon 120Na SWING nr tab. 3133

sobota, 17 listopada 2012

Park Skaryszewski im. Ignacego Jana Paderewskiego – część druga. Wiewiórka rowerzystka.

Warszawa, Praga Południe - 2012.10.31

Ostatniego dnia października jadąc z Pragi na Grochów, postanowiłem przejechać przez Park Skaryszewski. Gdybym przewidział co mnie tam spotka, na pewno zaopatrzyłbym się w jakieś wiewiórcze smakołyki.
W parku zatrzymałem się, żeby zrobić kilka zdjęć ogrodu różanego. Rower zostawiłem na przebiegającej obok, głównej obwodnicy parku. Po zakończeniu zdjęć podszedłem do roweru. Sam nie wiem kiedy, obok mnie pojawiła się wiewiórka. Włączyłem aparat i zanim zdążyłem zrobić wiewiórce pierwsze zdjęcie, ona już wspięła się po przednim kole na ramę roweru.
Zacząłem więc robić jej zdjęcia na rowerze.

Przez chwilę pozowała do zdjęć, po czym przez tylne koło zeszła z roweru.

Następnie zaczęła mi wyraźnie dawać do zrozumienia, że za taką sesję zdjęciową należy jej się wynagrodzenie.

Niestety, jak zaznaczyłem na początku, nie dysponowałem odpowiednią walutą. Wiewiórka mając nadzieję, że jednak coś zarobi, postanowiła powtórzyć występ urozmaicając go o spacer po kierownicy. Nie spodziewałem się tego po niej i znowu nie zdążyłem zrobić zdjęcia jak wspinała się po przednim kole.

Po raz drugi wdzięcznie przemaszerowała po ramie roweru na bagażnik.

Kiedy jednak chciałem zrobić jej kolejne zdjęcie na bagażniku, najwyraźniej stwierdziła, że bez wynagrodzenia mogę zapomnieć o dalszym pozowaniu. Widząc skierowany w swoją stronę obiektyw jednym susem zeskoczyła z roweru. Na zdjęciu widać tylko jej piękny ogon.

Po raz drugi dała mi wyraźnie do zrozumienia, że nie ma nic za darmo.

Chwilę czekała po czym odwróciła się i odeszła. Na wszelki wypadek nadal trzymałem aparat w pogotowiu. Kiedy już byłem pewny, że zrezygnowała z dalszego upominania się o wynagrodzenie, w kilku susach była z powrotem obok roweru. Tym razem zdążyłem zrobić zdjęcie jak wskakuje na przednie koło, jednak w pośpiechu nie zdążyłem ustawić odpowiednich warunków. Zdjęcie wyszło "przepalone".

Wiewiórka tym razem nie pozowała już na rowerze. Znowu dała mi do zrozumienia, że dosyć tego dobrego. Zeskoczyła z koła i okrążyła rower.

Następnie zatrzymała się kilka kroków ode mnie w wyczekującej postawie.

Ponieważ nadal nie reagowałem, podeszła bliżej, rozejrzała się dookoła...

... i pojęła desperacką próbę wyegzekwowania swojej należności, łapiąc mnie za kostkę lewej nogi. Żebyście drodzy czytający ten wpis wiedzieli, jak ja się wtedy poczułem. Jak ostatnia świnia (nie ubliżając świniom).

Po chwili puściła moją kostkę, obiegła mnie dookoła i wspięła się na moje prawe biodro. Jej spojrzenie, cała jej postawa wręcz krzyczały do mnie - Szujo jedna, wyzyskiwaczu fotograficzny, dasz coś w końcu czy nie?!

Było mi tak głupio, że zapomniałem języka w gębie. Zanim zdążyłem wiewiórkę przeprosić i obiecać, że przy następnej wizycie wynagrodzę ją za tę sesję fotograficzną, zeskoczyła z mojego biodra. W międzyczasie obok nas pojawił się gawron. Wiewiórka podeszła do niego i coś mu przez pewien czas opowiadała. Nie trudno sobie wyobrazić, o czym mu mówiła. (W tle widoczny pierwszy w tym roku śnieg.)

Po chwili zajęła się swoimi sprawami, natomiast gawron przez pewien czas przyglądał mi się z dezaprobatą.

W końcu oboje przestali na mnie zwracać uwagę i zajęli się swoimi sprawami.

Mam nadzieję, że nie opowiedzą pozostałym zwierzętom w Parku Skaryszewskim o tej sytuacji. W przeciwnym wypadku na terenie parku będę wśród zwierząt "spalony". :-)



Wiewiórki w Parku Skaryszewskim, to poza ptakami najbardziej widoczni mieszkańcy parku (o zwierzostanie parku wspomniałem w części pierwszej). Zawsze było ich sporo, jednak ten rok był dla nich szczególnie korzystny.
Moje najwyraźniejsze wspomnienia dziecięcych spacerów po parku dotyczą właśnie wiewiórek. Tu zetknąłem się z nimi po raz pierwszy. Za każdym razem kiedy wybieraliśmy się z ojcem do parku, zaopatrywaliśmy się w orzechy włoskie lub laskowe. Jakaż to była frajda, kiedy pomiędzy drzewami pojawiała się wiewiórka (czasami kilka równocześnie). Od razu zaczynało się nawoływanie - Basia, Basia, Basia. I Basie przychodziły. Nigdy nie zapomnę pierwszego dotknięcia wiewiórczego futerka. To było niezapomniane przeżycie, ileż radości. Podobnie pamiętam jak pierwszy raz wiewiórka wspięła się na mnie. Miałem wtedy pięć lat. Trochę się przestraszyłem, bo wiewiórka wspięła mi się prawie pod szyję. Opisując to wydarzenie, prawie widzę tamten moment. Niedaleko skalnej groty jest mały kamienny mostek. To było właśnie tam. Kiedy w zeszłym miesiącu wiewiórka wspięła się na moją nogę, od razu przypomniały mi się dziecięce czasy.
W Parku Skaryszewskim nie tylko wiewiórki decydują się na tak bliski kontakt z ludźmi, ale o tym w innym wpisie o parku.

środa, 31 października 2012

GTWB LX Mania szybkości - Kask.

Opisana poniżej historia to mój wymysł. Jednak ostatnie zdania, być może pokrywają się z tym, co wydarzyło się naprawdę. Ponieważ inspiracją do napisania tego tekstu było prawdziwe wydarzenie, w tekście nie umieszczam żadnych imion. Bohaterami są X i Y.

Kask.
Tego dnia X obudził się dopiero ok. godziny czternastej. Od wczorajszego, sobotniego wieczora do piątej rano, jak sam mawiał, „terroryzował” na motocyklu z kumplami warszawskie ulice. Nie miał na ten dzień żadnych planów. Przez okno zaglądało czerwcowe Słońce. Dzień zapowiadał się pogodny. Kiedy szykował sobie w kuchni coś do zjedzenia, zadzwonił telefon. Ucieszył się, Dzwoniła niedawno poznana Y.
Nie wiedział jak dalej rozwinie się ta znajomość, jednak wszystko wskazywało na to, że przypadli sobie do gustu. Była ładna, inteligentna, wesoła. Jedyne co mógł jej zarzucić – nie podzielała jego pasji szybkiej jazdy na motocyklu. Umówili się o godzinie siedemnastej na Placu Zamkowym, obok Kolumny Zygmunta.
Po skończonej rozmowie przeszedł z kanapkami do swojego pokoju. Włączył telewizor. Na kanale Discovery trafił na program American Chopper. Pomimo, że prezentowane motocykle były z „innej bajki” niż jego ścigacz, lubił ten program.
Przed godziną szesnastą włączył laptopa. Sprawdził pocztę, poczytał wiadomości na portalach informacyjnych. Wyłączył komputer i zaczął szykować się na umówione spotkanie. Założył strój do jazdy na motocyklu, do ręki wziął kask.
Kilka minut przed godziną siedemnastą zaparkował swój ścigacz na skwerku przy ul. Senatorskiej pomiędzy ulicami Miodową i Podwale. Chwilę później był już obok Kolumny Zygmunta. Y jeszcze nie było. Czekając na nią obserwował turystów na Placu Zamkowym, dorożki, dzieci karmiące gołębie.
Kilka minut później przyszła Y. Najpierw poszli do winiarni U Fukiera na Rynku Starego Miasta. Spędzili tam prawie dwie godziny. Rozmawiało im się bardzo dobrze. Z każdą chwilą czuł coraz bardziej, że Y jest dziewczyną jakiej szukał. Mógł rozmawiać z nią o wszystkim. Zdawało mu się, że znają się „od zawsze”. Pomimo, że było to ich drugie spotkanie bez znajomych, ani na chwilę nie zapadło niezręczne milczenie. Po wyjściu z winiarni, poszli na długi spacer uliczkami Starego i Nowego Miasta. Zaglądali w bramy budynków, wchodzili na małe, schowane podwórka. Zauważył, że ich znajomość zaczyna przybierać coraz bardziej zażyły charakter.
Nawet nie zauważył, jak szybko minęły kolejne godziny. Zaczęło się zmierzchać. Uliczki powoli pustoszały. Kiedy znaleźli się w małym zaułku ul. Kanoniej obok dzwonu, postanowił pocałować Y. Nie zabroniła mu tego. Potem jeszcze jakiś czas spędzili nad tunelem Trasy W-Z. Przyglądali się z góry przejeżdżającym tramwajom, autobusom, samochodom. X opowiedział Y o planach na nadchodzące lato. Chciał wyruszyć z kumplami na motocyklach w Polskę. Poprzednie lato spędził na zachodzie kraju, tym razem chciał objechać głównie Mazury i Bieszczady. Zapytał Y czy nie pojechałaby z nim. Nie wiedziała dokładnie, czy będzie dysponowała czasem w odpowiednim terminie, jednak nie wykluczyła takiej możliwości.
Kiedy powiedziała, że musi już wracać do domu uświadomił sobie, że nie wziął ze sobą drugiego kasku i nie może jej odwieźć do domu. Powiedziała mu, żeby się tym nie przejmował. Z Krakowskiego Przedmieścia kursował autobus prawie pod jej dom. Aby być z nią jak najdłużej, zaproponował żeby nie wsiadała na najbliższym przystanku. Zgodziła się. Spacerowym krokiem doszli do przystanku przy Uniwersytecie.
Umówili się na następny dzień. Kiedy wsiadła do autobusu, stał na przystanku i machał jej ręką, dopóki autobus nie skrył się za Pałacem Staszica.
Czuł się taki szczęśliwy. W pracy układało mu się dobrze, miał dużo fajnych znajomych, poznał cudowną dziewczynę, najbliższe wakacje zapowiadały się fantastycznie. Biegiem skierował się w stronę Placu Zamkowego. Aby jak najszybciej dotrzeć do zaparkowanego motocykla wbiegł w ulicę Kozią i kilka minut później dosiadał swoją maszynę.
Zanim ruszył, postanowił wyciągnąć z domu któregoś z kumpli na „nocne terroryzowanie warszawskich ulic”. Niestety, nikt akurat nie był dostępny. Dwóch kumpli jeszcze nie wróciło z weekendowego wypadu, jednemu niedawno urodziło się dziecko i musiał pomagać żonie, kolejny był niedysponowany po wczorajszych imieninach. Czuł, że nie może teraz wrócić do domu. Do pełni szczęścia brakowało my wiatru uderzającego w kask, przemykających białych linii na jezdni i poczucia potęgi jego maszyny.
Ruszył ulicą Senatorską w stronę Placu Teatralnego, skręcił w prawo w Nowy Przejazd i po chwili był na al. Solidarności. Był późny niedzielny wieczór, właściwie już noc. Samochodów było niewiele, żadnego tramwaju. Tu mógł wycisnąć ze swojej maszyny wszystko. Potężny ryk silnika potęgował się w tunelu trasy W-Z. Kilkanaście sekund później już był po drugiej stronie Wisły. Przy Placu Wileńskim musiał zatrzymać się na czerwonym świetle. Dalszy odcinek al. Solidarności w stronę Radzymińskiej niemalże zapraszał go do „dania po garach”. Czerwone, żółte, zielone – start, ten urzekający pęd, wszystko po bokach staje się rozmazane, tylko na wprost widać światła skrzyżowania z ulicą Szwedzką. Przy Szwedzkiej zawrócił. I znowu ten piękny, szeroki, prosty odcinek. Przy Placu Wileńskim zawahał się – na most czy w Targową. Nie, jeszcze mała rundka. Postanowił pojechać ulicami Targową, Zamoyskiego, Grochowską, na Rondzie Wiatraczna wjechać w Waszyngtona. To takie długie, szerokie, proste odcinki. Mijając na ulicy Zamoyskiego zakłady Wedla, zauważył w oddali autobus i jakiś samochód. Znowu te wspaniałe SEKUNDY pędu. Rogatki, kościół, wysunięte w ul. Grochowską przedwojenne budynki, nowe osiedle, budynek Higieny...
Autobus był coraz bliżej na środkowym pasie ruchu, lewym pasem wyprzedzał go samochód. X postanowił wyprzedzić autobus prawym pasem. Przy takim przyspieszeniu i mocy swojej maszyny, był pewny, że zdąży. Widział, że autobus nie „wrzuca” prawego kierunkowskazu.
Zapomniał, że przed przejściem dla pieszych przy ulicy Gocławskiej pasy ruchu zmieniają swój układ. Środkowy pas na którym znajdował się autobus „schodzi” na prawo, prawy pas, na którym znajdował się X, kończy się i pojawia się pas do skrętu w lewo w ul. Gocławską. Pochylił się niżej nad kierownicą, dodał gazu. Już tylko metry i wtedy...
Ku jego przerażeniu autobus zaczął zajeżdżać mu drogę!
Szybkie myśli – Dlaczego nie dał kierunku! Nic to i tak zdą.............
Szarpnął kierownicę w prawo, przednie koło uderzyło w krawężnik, motocykl przekoziołkował i ślizgiem po jezdni wpadł pod autobus. X wystrzelił do góry po czym z impetem uderzył o płyty chodnikowe.

Jeszcze przez chwilę, gdzieś z oddali słyszał głosy ludzi z autobusu, biegnących w jego stronę, widział coraz bardziej zamglone światła latarni...
....................................................................................

W ostatni weekend czerwca 2009 roku na ul. Grochowskiej w opisanym przeze mnie miejscu, rzeczywiście wydarzył się śmiertelny wypadek z udziałem motocyklisty. Jak już zaznaczyłem wcześniej, powyższy opis to moja fantazja. Wiem tylko, że w zdarzeniu naprawdę brał udział autobus oraz, że kierujący motocyklem młody mężczyzna jechał bardzo szybko.
Następnego dnia na miejscu wypadku pojawił się kask na latarni, znicze, kwiaty.
Trzy poniższe zdjęcia zrobiłem miesiąc po wypadku.
Warszawa, Praga Południe, Kamionek, ul. Grochowska - 2009.07.24
Następne dwa zdjęcia zrobiłem kilka dni po pierwszej rocznicy wypadku.
2010.07.02
Za każdym razem kiedy przechodziłem lub przejeżdżałem obok kasku na latarni, moje myśli kierowały się ku młodemu człowiekowi, który miał przed sobą jeszcze tyle spraw do załatwienia, miejsc do zwiedzenia, czasem dobrych, czasem złych chwil do przeżycia. Miał po prostu życie przed sobą. Jedna zła decyzja sprawiła, że od tej jednej chwili już go nie ma. Nie ma też już kasku na latarni.
Aktualne zdjęcia.
2012.10.31
Wszystkie zdjęcia robiłem w kierunku ul. Zamoyskiego. Widoczny odcinek ul. Grochowskiej to ostatnie metry życia młodego człowieka. Dalej nie pojechał.


Kiedy widzę takie miejsca, szkoda mi tych ludzi, którzy przez własną lekkomyślność odchodzą przedwcześnie, zostawiając po sobie tęsknotę i ból swoich najbliższych. Jest jednak w moim współczuciu jedno "ale".
Czytam na forach, w komentarzach pod wiadomościami o wypadkach argumenty, którymi bronią się przed krytyką pasjonaci szybkiej jazdy. Często piszą, że ktoś kto nie poczuł tej wspaniałej szybkości, nigdy ich nie zrozumie. Jest to jakiś argument. Jednak pojawia się jeszcze jeden, z którym absolutnie nie mogę się zgodzić.
"To moje życie, i niech nikt mi się nie wtrąca, co chcę z nim zrobić."
To prawda. Jeżeli ktoś chce ryzykować - proszę bardzo, nie mam nic przeciwko temu, ale niech nie stwarza zagrożenia dla innych.
W swojej opowieści, nie bez powodu skierowałem "X" w al. Solidarności. Byłem tam kiedyś świadkiem dramatycznego zdarzenia, na szczęście ze szczęśliwym zakończeniem.
Szedłem al. Solidarności od ul. Szwedzkiej w kierunku Placu Wileńskiego. Kilkanaście metrów przede mną szedł młody mężczyzna z małą dziewczynką (najprawdopodobniej ojciec z córką). Kiedy dochodziłem do ul. Rzeszotarskiej, usłyszałem za sobą charakterystyczny ryk (inaczej tego nie da się nazwać) motocyklowego silnika. Mężczyzna z dziewczynką dochodzili już do przystanku autobusowego za ul. Rzeszotarskiej. Motocykl pędził z dużą szybkością. To co stało się chwilę później trwało sekundy. Z nasypu, który znajdował się wzdłuż ul. Rzeszotarskiej obok dawnych zabudowań parowozowni Dworca Petersburskiego, zbiegł na chodnik al. Solidarności pies (było to stałe miejsce spacerów właścicieli psów). Nie wybiegł na jezdnię, jednak motocyklista musiał go zauważyć. Odbił ze środkowego pasa w lewo, potem w prawo. Widać było, że z trudem panuje nad maszyną (gwałtowne kołysanie motocykla). Po gwałtownej kontrze w prawo z ogromną szybkością, zmagając się z motocyklem, jechał wprost na mężczyznę z dziewczynką. Przed samym krawężnikiem udało mu się opanować maszynę na tyle, że utrzymał się na jezdni. Jeszcze kilka "bujnięć" motoru i pomknął dalej. Przyznam się, że cały "zdrętwiałem".
Nie wiem, czy mój opis jest na tyle sugestywny aby oddać całą grozę tej sytuacji. Ja chwilę musiałem postać, zanim byłem zdolny ruszyć dalej.

niedziela, 30 września 2012

GTWB LIX Pamiątki PRL - Za co Mieszko może być wdzięczny Ludwikowi?

To jest bardzo nietypowy wpis. W temacie "Pamiątki PRL" opublikowałem już dwie notki - "Na jezdniach" i "Na torach". Jaka mogłaby być trzecia? Na chodnikach, Na wodzie, W budynkach, W powietrzu, Pod ziemią? Nic z tego.
Trzecia notka jest pytaniem - za co Mieszko może być wdzięczny Ludwikowi? Na odpowiedzi czekam do środy 2012.10.03 godz. 23:59. Po tym terminie pojawi się moja odpowiedź.

Niestety, muszę wystawić na próbę cierpliwość oczekujących na kontynuację tego wpisu.
Z przyczyn technicznych (pad "twardziela") utraciłem opracowaną część fotograficzną oraz tekstową. Na szczęście zachowały się na innych nośnikach oryginalne zdjęcia (do publikacji zmniejszam rozmiar, podpisuję, dodaję obramowania), niestety utraciłem część tekstową. W tej notce jest ona dosyć rozbudowana. Z mozołem odtwarzam utraconą zawartość wpisu. Nie podaję terminu aktualizacji. Mam nadzieję, że najpóźniej w nocy z soboty na niedzielę ukaże się odpowiedź na pytanie zadane w tytule. Przepraszam za opóźnienie.

Dodano - 2012.10.18
Przepraszam za niedotrzymanie kolejnego terminu dokończenia tej notki. Wiem, że wygląda to trochę niepoważnie, jednak brak czasu i trudności z odtworzeniem utraconego tekstu robią swoje. Łatwiej mi było pisać "na świeżo" niż teraz. Po głowie plączą mi się fragmenty starego tekstu, który nie zawsze pasuje do tworzonego obecnie. Obiecuję, że nie opublikuję tematu na ten miesiąc dopóki nie dokończę tego wpisu.
Jeszcze raz proszę o wyrozumiałość.

Dodano - 2012.10.31
Niestety, nadal ta notka musi czekać na dokończenie. Sam sobie zadałem pracę, której przez tyle czasu nie mogę skończyć. Ponadto złamałem daną obietnicę. Opublikowałem notkę GTWb na miesiąc październik. Nie usunę dotychczasowej treści. Będzie to dowód, że nie zawsze dotrzymuję obietnic. Tak bywa.
Napiszę tak - kiedyś ten wpis skończę.

sobota, 29 września 2012

GTWB LIX Pamiątki PRL - Na torach.

Było "Na jezdniach", musi też być "Na torach". Oczywiście tramwajowych.
Po warszawskich torach tramwajowych liniowo kursują dwa rodzaje pamiątek PRL. Są to wagony 13N oraz 105Na (i pochodne). 105tki jeszcze trochę po warszawie pojeżdżą, natomiast czas 13tek powoli dobiega końca. Ponadto wagony 13N liniowo kursowały tylko w Warszawie. I dlatego to one są tematem tej notki. Wszystkich zainteresowanych historią wagonów 13N odsyłam na stronę tramwar .
Zaprezentowany w notce "Na jezdni" Ikarus nie jest przypadkowym autobusem. Jak napisałem, jest to ostatni warszawski "lewarek". W przypadku wagonów 13N pokażę je w mniej lub bardziej niecodziennych sytuacjach.

Warszawa, Wisła, most Poniatowskiego - 2012.02.04
Sytuacja na zdjęciu poniżej jest tą mniej niecodzienną. Co jakiś czas można zobaczyć na warszawskich torach wagony 13N "elki".
Wagony 13N nr tab. 728#823 (parówa, parówka, Cyklop)


Warszawa, Praga Południe, Gocławek, ul. Grochowska - 2012.02.04
Teraz sytuacja bardziej niecodzienna. Wręcz unikatowa.
Pętla tramwajowa na Gocławku sama w sobie jest ciekawostką. Jest to najdalej wysunięta na wschód pętla tramwajowa w Polsce.
Wagony 13N nr tab. 304#484

I cóż tu takiego unikatowego? Na razie nic, wagony z tablicą "PRZEJAZD TECHNICZNY" też czasami pojawiają się na mieście. A jednak...

Na zdjęciu powyżej widać, że coś się działo za drugim wagonem składu. Tylko co?
Skład powoli wytoczył się z pętli i co widać?
Od lewej strony: wagony 120Na SWING nr tab. 3203 oraz 3182, wagon 120N "jamnik" nr tab. 3113 oraz główni bohaterowie tej notki.

Widać, że wagon 120N jakoś tak dziwnie "przykleił" się do składu 13stek. No to przyjrzyjmy się dokładniej.

Jeszcze dokładniej.

I już wszystko wiadomo. Wagon 120N ma "chory" pantograf. Kto musiał biedaka odholować do "domu"?

Stare, poczciwe 13stki.

Do uszkodzenia pantografu doszło na Rondzie Wiatraczna. Wagon 120N 3113 został odholowany na Gocławek przez samochód Unimog U400 nr tab. 500. Na Gocławek z ZET R-3 Mokotów wysłano skład wagonów 13N, które odholowały 3113 do "domu".

Warszawa, Mokotów, ul. Wołoska # ul. Woronicza - 2012.02.04
Z Gocławka ten nietypowy "pociąg" wyruszył o godzinie 12:56. Niemal równą godzinę później dotarł do celu.

Tak wyglądał "chory" pantograf.

Ostatnie metry do pokonania przed odpoczynkiem po tak ciężkiej pracy.


Warszawa, Bielany, teren ZET R-4 Żoliborz - 2012.09.22
Tak to jakoś wyszło w Warszawie, że zajezdnia "Żoliborz" jest na Bielanach.
Kiedy już ostatnie wagony liniowe 13N przestaną kursować, pozostaną tylko wagony przeznaczone na tabor historyczny (nie liczę wagonów przerobionych na techniczne).
Oto jeden z nich.
Wagon 13N nr tab. 407, z tyłu wagon N3 nr tab. 674 - również pamiątka PRL.

Szafa bezpiecznikowa, niestety już zmodernizowana.

Tył kabiny motorniczego. Pamiętam jak w tym miejscu nad szafką bezpiecznikową znajdowała się ramka z rurek w której umocowana była szyba.

Pulpit sterowniczy. Tego rodzaju pulpit nie jest najstarszą wersją.
Czy znajdzie się ktoś, kto jadąc w drugim wagonie bez wygrodzonej kabiny nie lubił siadać w tym miejscu?


Warszawa, Bielany, tory tramwajowe pomiędzy przystankami Metro Młociny i Zajezdnia Żoliborz - 2012.09.22
Na zakończenie zwykła codzienność ale za to w jedynym, niepowtarzalnym w Warszawie klimacie leśno-tramwajowym.
Wagony 13N nr tab. 728#823 (te same co na pierwszym zdjęciu jako "elki")

Wagony 13N nr tab. 366#218

Ta notka ma bardzo dużo wspólnego z notką Nie ma tramwajów, jest dzięcioł .
Po pierwsze data. Tramwaj na moście i holowanie 3113 to ten sam dzień kiedy wypatrzyłem dzięcioła.
Po drugie miejsce. Na powyższych dwóch zdjęciach widać, jak zmieniło się otoczenie torowiska, słupy trakcyjne i samo torowisko. I nie ma już przystanku Zgrupowania AK Kampinos.

Warszawa, Mokotów, teren ZET R-3 Mokotów - 2008.09.20
Już całkiem na zakończenie jeszcze jedno zdjęcie.
Wagon 13N nr tab. 239 (tego wagonu nie ma już na stanie)

Znowu ten sam ludzki element co w notce "Na jezdniach". Latek przybywa i pewnie coraz częściej będzie mi się przytrafiało to co wagonowi nade mną. W końcu też zostanę "zdjęty ze stanu" i raczej nie liczę na to, że zostanę zachowany jako "tabor historyczny". :-)